Siemka!
Można już zaglądnąć na Podróż do Valinoru- mojego drugiego bloga- i poznać bohaterów.
Zapraszam!:* :* :*
http://the-voyage-of-valinor.blogspot.com/
czwartek, 28 listopada 2013
niedziela, 24 listopada 2013
Rozdział V
Uśmiechnęłam się.
Dopiero teraz dotarło do mnie, że to nie jest sen. Podniosłam się, chcąc wstać
z łóżka. Powstrzymał mnie.
-Jesteś słaba-wyjaśnił.
-Nie jest tak źle.
Wstałam i zaraz tego pożałowałam, bo pokój zawirował mi przed
oczami i straciłam równowagę. Elrond złapał mnie zanim uderzyłam głową o
podłogę.
-A nie mówiłem? Powinnaś jeszcze poleżeć.
Po chwili doszłam do siebie i udało mi się zrobić kilka
kroków bez jego pomocy. Jednak tym razem odezwał się ból w kolanie. Mimo to
upierałam się, że nic mi nie jest i Elrond zostawił mnie samą, bym mogła sie
przebrać. Po kilku minutach ktoś zapukał do drzwi. Wpięłam we włosy ostatnią
spinkę i otworzyłam. W progu stał Ildir. Zauważyłam, że ucieszył się widząc
mnie na nogach.
-Dzień dobry, wasza wysokość.
-Dzień dobry Ildirze- uśmiechnęłam się.-Proszę, mów mi po
imieniu.
Rozpromienił się. Dopiero teraz zorientowałam się, że ma
jeszcze dziecięcą twarz. Nie mógł mieć więcej niż osiemnaście lat. Wyszliśmy na
korytarz. Utykałam, więc Ildir objął mnie w talii. Pomogło. Teraz szło mi się
znacznie lepiej. Nagle jak spod ziemi wyrósł przed nami Nildir.
-Widzę, że już w porządku-powiedział, przyglądając mi się od
stup do głów. Jego twarz wykrzywił grymas, kiedy zobaczył rękę brata na mojej
talii. Popatrzył mi w oczy, jakby oczekiwał wyjaśnień. Odetchnęłam z ulgą,
kiedy usłyszałam za załomem ściany głosy. Zza zakrętu wyszedł Elrond. Był sam,
widocznie osoba z którą rozmawiał weszła do jakiegoś pokoju. Podszedł do mnie.
Ildir w momencie zrozumiał, że nie życzę sobie towarzystwa jego brata i
poprosił go o pomoc, jak wtedy w obozie.
-Chcę ci coś pokazać. Zamknij oczy.
Uśmiechnęłam się i kurczowo uchwyciłam jego ręki. Szliśmy
chwilę, aż w końcu poczułam na twarzy powiew wiatru.
-Już.
Otworzyłam oczy. To co zobaczyłam zaparło mi dech w
piersiach. Dziesiątki mniejszych i większych strug wody spływało ze wzgórz. Ze
wszystkich stron otaczała nas zieleń. Nagle przed sobą zobaczyłam jego twarz.
Znowu mnie pocałował, tym razem dłużej. Potem staliśmy blisko siebie
patrzyliśmy sobie w oczy. Nagle usłyszeliśmy kroki. Na schodach stał jeden
elfów mieszkających w domu Elronda.
-Panie, przybył czarodziej.
-Mithrandir?
-Nie, Saruman.
* * *
"Co on tu robi?!"
Dzień zapowiadał się świetnie, a przybycie Sarumana wszystko zmieniło. Na
dodatek musiałam być obecna przy całej rozmowie. Przyjechałam do Rivendell w
imieniu rodziców. A to niestety wiązało się
z uczestniczeniem w zebraniach Rady. Tak jak się spodziewałam, moje
pojawienie się niespecjalnie ucieszyło czarodzieja.
-Pierścień zaginą Mistrzu Elrondzie. Myślę, że potoczył się
z nurtem Anduiny do Morza.
- W takim razie powinniśmy się z tego cieszyć.
-Tak ,też tak uważam.
Przez całą rozmowę Saruman mnie ignorował. Na koniec poprosił
tylko o przekazanie wiadomości rodzicom.
A następnego dnia
odjechał. Odetchnęłam z ulgą widząc jak znika za zakrętem. Miałam wyruszyć
następnego dnia. Kolano przestało mnie juz boleć i mogłam spędzić wiele godzin
w siodle.
* * *
Wieczorem miałam łzy w oczach. Nie chciałam stąd wyjeżdżać mimo, że
stęskniłam się za moim krajem.
-Mam ten sam problem co ty-uśmiechnęłam się przez łzy.
-Niedługo się zobaczymy,
Przytulił mnie do siebie. I wtedy usłyszałam słowa, które
wywołały przyjemne uczucie. Coś jakby motyle w brzuchu.
-Kocham cię...
_______________________________
Koszmarnie ckliwe, ale jest to zło konieczne :)
niedziela, 17 listopada 2013
Rozdział IV
Miałam wyruszyć
następnego dnia rano. Pakowałam się szybko, chcąc się wyspać przed drogą. Zaraz
po kolacji położyłam się spać. W środku nocy obudziłam się z przeczuciem, że
coś jest nie tak. Po chwili dotarło do mnie, o co chodzi: padał deszcz.
Jęknęłam i opadłam na poduszki. Droga w deszczu nie wydawała się mi zbyt kusząca...
* * *
Rano spotkałam
się z rodzicami.
-Masz w eskorcie braci Nildira i Ildira oraz dwóch innych elfów.
Jedźcie ostrożnie i nie zbaczajcie ze szlaków.
Bracia skłonili się nisko. Ildir miał szczery wyraz twarzy i
cały czas miał na twarzy delikatny uśmiech. Jego brat był poważny, a spod tej
powagi przebijała duma.
Pożegnałam się z rodzicami i ruszyłam w drogę. Za mną
jechało czterech elfów. Nie wiem dlaczego, ale unikałam Nildira jak mogłam.
Żałowałam, że do Rivendell nie można dojechać w jeden dzień.
Kiedy rozłożyliśmy
się obozem w jednej z dolinek, Nildir skorzystał z okazji i podszedł do mnie.
-Unikasz mnie pani?
-Skąd taki pomysł?
-Przez cały dzień nie zamieniłaś ze mną ani słowa.
-Po prostu nie było okazji-byłam już dość zdenerwowana tą
bezsensowna rozmową.
-Nildirze! Potrzebna mi twoja pomoc- zawołał go brat.
-Wrócimy do tej rozmowy-szepnął mi do ucha i odszedł.
Nagle silniej niż dotąd zapragnęłam być już w
Rivendell. Postanowiłam, że od tego czasu będę się trzymała bliżej Ildira. Jego
brat zdecydowanie nie przypadł mi do gustu...
* * *
Następnego dnia
dotarliśmy do Bramy Czerwonego Rogu. Przeprawiliśmy się szybko, ale we mnie z
każdym krokiem narastał niepokój. Dotarliśmy do Eriadoru i skierowaliśmy w
stronę Rivendell. Po kilku dniach byliśmy już tylko kilka mil od Imladris. I
wtedy rozległo sie wycie wilków. Na horyzoncie pojawiło się kilka ciemnych
punktów, które poruszały się bardzo szybko. Konie w momencie przeszły do
galopu. Wiedziałam, że nie unikniemy walki, ale wszyscy chcieli być jak
najbliżej doliny. Nagle zza zakrętu wypadło kilu orków dosiadających wilki.
Otoczyli nas moi towarzysze naciągnęli łuki i wystrzelili. Na chwilę droga
zrobiła się pusta i pojechaliśmy. Nie upłynęło pięć minut, jak pojawili się
kolejni. Cięciwy znowu zagrały, ale tym razem napastników było zbyt wielu.
Musieliśmy walczyć wręcz. Szło mi całkiem nieźle i u moich stóp leżało juz
kilku, kiedy się potknęłam i upadłam, rozbijając kolano. Ork, z którym
walczyłam wykorzystał to i zaczął mnie ciągnąć w stronę swojego wierzchowca.
Nie uszedł jednak daleko, kiedy w jego piersi utkwiła strzała. Martwy ork
przywalił mnie swym cielskiem i uderzyłam głową o kamienie. Ostatnie co
zapamiętałam, to dźwięk rogów. Elfy z Rivendell przybyły nam z pomocą...
* * *
-Celebriano!
Celebriano, słyszysz mnie?
Z wysiłkiem otworzyłam oczy. Z początku zamazany obraz
stawał się co raz ostrzejszy. Nade mną pochylał się Elrond. Zamrugałam
powiekami.
-Co sie stało? Chociaż nie, nie mów wszystko pamiętam.
-Jak się czujesz?
-Szczerze? Wszystko mnie boli.
Rozejrzałam się. Byłam w pięknym pokoju. Kotary były
zaciągnięte. Elrond pochylił się znów nade mną.
-Nie tak chciałem cie tu powitać-uśmiechnął się.
-A jak chciałeś?
Nie odpowiedział. Zamiast tego złożył na moich ustach
delikatny pocałunek.
-Mniej więcej tak.
piątek, 15 listopada 2013
niedziela, 10 listopada 2013
Rozdział III
Tej nocy nie mogłam
zasnąć, choć starałam się na wszystkie sposoby. Rano wstałam koszmarnie
zmęczona. Pomyślałam, że świeże powietrze dobrze mi zrobi, więc poszłam na
spacer. Znalazłam odosobnione miejsce i usiadłam pod drzewem. Było ciepło i
przyjemnie. Oczy same mi się zamykały. Zasnęłam...
*
* *
Kiedy się obudziłam słońce było już wysoko na niebie. Minęło
południe. Rozprostowałam zgięte przez kilka godzin nogi. Dostrzegłam plusy
spania na zewnątrz: byłam wypoczęta. Ruszyłam w stronę Caras Galadhon.
Przebrałam się i zeszłam na obiad. Wszyscy już tam byli. Rozejrzałam się po
jadalni. "No nie, znowu on!" Pomyślałam na widok Sarumana. Z rozmów
toczonych przy stole wywnioskowałam, że wszyscy członkowie Rady wyjeżdżają
jutro. Posmutniałam. Nagle uświadomiłam sobie, że wcale nie chcę, aby Elrond
wyjeżdżał."Co się ze mną dzieje?!"
* * *
Przez całe popołudnie snułam się bezcelowo między główną
salą, a moim pokojem. Gdy zaszło słonce, nastała bezchmurna noc. Znowu poszłam
na wzgórze, na którym rano odpoczywałam po bezsennej nocy. Patrząc pod nogi, by
nie zaplątać się w długą suknię powoli weszłam na wzgórze. Dopiero po chwili
zdałam sobie sprawę z tego, że nie jestem sama. Kilka kroków dalej stał Elrond.
Podszedł do mnie i razem w milczeniu patrzyliśmy przed siebie. Jak zawsze, gdy
widziałam wznoszącą się naprzeciw twierdzę Dol Guldur, wstrząsną mną dreszcz.
- Nie bój się-powiedział cicho.-Tu nic złego nie może nam
się stać.
-Wiem, ale mimo to jest to przerażający widok.
Mimowolnie przysunęłam się bliżej niego.
-Coś dziwnego się ze mną dzieje...Kocham Rivendell i jest to
mój dom, ale coś mnie tu trzyma. Albo raczej ktoś. Wiesz coś o tym Celebriano?
Uśmiechnęłam się. Kamień spadł mi z serca. Nie tylko ja
czułam sie dziwnie. W odpowiedzi na jego pytanie oparłam mu głowę na ramieniu.
Nie sprzeciwiał się. Mało tego: przytulił mnie do siebie, a ja mimo czerniejącej
na przeciw twierdzy Dol Guldur poczułam się bezpieczna...
* * *
Następnego dnia wszyscy wyruszali w drogę. Wszyscy z ociąganiem.
Tylko Sarumanowi sie spieszyło. Z Elrondem pożegnałam sie jeszcze wieczorem na
wzgórzu, a teraz patrzyłam jak odjeżdża
-Liczę, że wkrótce nas odwiedzisz Mistrzu Elrondzie -powiedział
ojciec.
-Mam taką nadzieje -odpowiedział mu Elrond, ale patrzył na
mnie.
Mithrandir popatrzył na Elronda z udawanym ubolewaniem i
pokręcił głową.
-Do zobaczenia - powiedział i odjechał.
* * *
Minęło kilka tygodni, a ja ani na chwilę nie przestałam o
nim myśleć. O wieczorze spędzonym z
Elrondem nie powiedziałam nikomu, ale wiedziałam, że mama wie. Zawsze
towarzyszyły mi jej ukradkowe uśmiechy.
Pewnego dnia spacerowałam po ogrodach, kiedy
natknęłam się na rodziców.
-Dobrze, że jesteś. Trzeba pojechać z pewną wiadomością do Rivendell.
Pomyśleliśmy, ze może ty sie zgodzisz.
-Chętnie- odparłam z trudem ukrywając radość, która mnie
rozpierała. Zobaczę go! Nareszcie go zobaczę! Tak bardzo juz się stęskniłam...
_______________________________________
Oto i rozdział trzeci :)
piątek, 1 listopada 2013
Rozdział II
Gdyby ktoś spytał mnie, o czym rozmawiano podczas Rady, nie
byłabym w stanie odpowiedzieć. Całą moją uwagę pochłonęła osoba jednej, jedynej
osoby w sali. Saruman zdawał się to zauważać bo zapytał:
- A co o naszej sprawie sądzi pani Celebriana?
-Ja...No cóż...
-Tak? Słuchamy...
-Sarumanie, dajże spokój. Celebriana ma ciekawsze sprawy niż
słuchanie twego zrzędzenia.
Gandalf mrugnął do mnie porozumiewawczo, a Sruman popatrzył
gniewnie. Popatrzyłam na rodziców. Mama uśmiechała się lekko, po czym poznałam
,że ledwo zachowuje kamienną twarz. Podobnie było z tatą. Tym razem nieuwaga
uszła mi na sucho.
* * *
Po skończeniu obrad podziękowałam Mithrandirowi.
-Nie masz za co dziękować. Myślę jednak że to nie styl
mówienia Sarumana sprawił, że nie słuchałaś.
Zarumieniłam się i spuściłam wzrok. Stanowczo za często mi
się to ostatnio zdarza.
-Jeszcze raz dziękuję. Ale muszę już iść. Do zobaczenia!
Za godzinę miała odbyć się kolacja. Stwierdziłam, że muszę
ochłonąć po wydarzeniach mających miejsce podczas zebrania Rady. Spacerowałam
samotnie, nie myśląc o niczym poważnym. Jednak, kiedy ktoś stanął za mną,
podskoczyłam jak oparzona. Odwróciłam się gwałtownie i stanęłam i stanęłam
twarzą w twarz z Elrondem.
-Dobry wieczór ,pani.
-Dobry wieczór. Zapragnąłeś panie obejrzeć Lórien?
-Na to przyjdzie czas kiedy indziej. Chciałem się tylko
przejść przed kolacją.
-Rozumiem.
Szliśmy dalej w milczeniu, patrząc w gwiazdy.
-Chyba powinniśmy już wracać-zauważył.
-Chyba tak...
-Zawsze jesteś pani taka małomówna?
-Nie, wręcz przeciwnie. Teraz jednak nie mogę znaleźć
odpowiedniego tematu.
-Lórien to piękny kraj.
-Tu się zgodzę. Nie widziałam jednak Rivendell, więc nie
mogę się zrewanżować podobnym stwierdzeniem.
-Liczę, że kiedyś je zobaczysz-powiedział ciepło, rezygnując
ze sztywnego "pani".
-Ja też-odpowiedziałam uśmiechając się.
Na kolacji nie zwracałam specjalnej uwagi na to, co jem, czy
piję. Zjadłam jak najszybciej się dało i poszłam spać.
________________________________
Oto rozdział drugi :)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)




