sobota, 7 grudnia 2013

Rozdział VII




   Zauważyłam, że odkąd poznałam Elronda, noce często spędzam bezsennie. Tak było i tym razem. Wciąż miałam przed oczami tamten moment z głównej sali. Tego samego dnia, podczas uroczystego obiadu ogłosiliśmy nasze zaręczyny. Przez chwilę wydawało mi się, że oczy mamy zaszły łzami. Ale po chwili znowu się uśmiechała.
   Termin ślubu wyznaczyliśmy na początek wiosny. Momentalnie stanęło mi przed oczami usiane kwiatami Lórien. Zdecydowanie najpiękniejsza pora roku.

*  *  *

   Elrond wyjechał po kilku dniach. Na początku było mi bardzo przykro, że wyjeżdża, ale pocieszałam się myślą, że już niedługo będziemy razem na zawsze. Czas upływał mi w radosnym oczekiwaniu. Wyjątkami były te dni, kiedy napotykałam spojrzenie Nildira. Od dnia moich zaręczyn nie odezwał się do mnie ani słowem. Było mi z tego powodu przykro, ale nie chciałam wszczynać kłótni.
   Pewnego dnia zauważyłam, że  z drzew opadają liście i pękają pączki na gałęziach. Do Lórien zawitała wiosna. Nie minął tydzień, a zazieleniła się trawa, rozwinęły się liście, a nad lasem pojawiła się pierwsza w tym roku tęcza. Wielkimi krokami zbliżał się wyczekiwany przeze mnie dzień...

*  *  *

  - Celebriano. Celebriano! Celebriano, czy ty mnie w ogóle słuchasz?
Ojciec siedział na przeciw mnie i widocznie coś mi tłumaczył, ale ja już dawno straciłam wątek.
- Przepraszam, zamyśliłam się.
- Ostatnio często ci się to zdarza.
- Co mówiłeś?
- Usiłowałem ci wytłumaczyć, że opuszcza nas jeden z twoich przyjaciół.
- Który?
- Nildir. Nie wiem co między wami zaszło, ale dziś poprosił o pozwolenie na  opuszczenie kraju i udanie się do Szarych Przystani.
- Nie wiedziałam, że ma to w planach...
- Chyba nawet jego brat nie wiedział. Ale porozmawiaj z nim. On tego skrycie pragnie.
Zerwałam się z miejsca i pobiegłam na poszukiwania Nildira. Znalazłam go przy fontannie.
- Dlaczego to robisz?
- Nie wiesz?
- Nie rób tego. Chcę, abyś cieszył się razem ze mną.
- Naprawdę myślisz, że mógłbym się z tobą cieszyć? Z resztą wiesz o co mi chodzi.
- Przykro mi.
- Mnie też Celebriano. Mimo to mam nadzieję, że będziesz szczęśliwa. Nie żegnam się, bo kiedyś przypłyniesz do Valinoru, prawda? Do widzenia.
   Następnego dnia odjechał. Z jakiegoś powodu nie byłam smutna. Czułam, że znajdzie szczęście.


*  *  *

   Miałam na sobie długą, białą suknię ze złotymi zdobieniami i ciągnącym się po ziemi trenem. Biel nie była niczym niezwykłym, ale ta suknia pochodziła z Valinoru, podobnie jak wszystko, co miałam na sobie. Teraz siedziałam wyprostowana, a mama upinała mi włosy. Ostatni raz robiła to, kiedy byłam małym dzieckiem. Kiedy skończyła, zaprowadziła mnie do dużego lustra.
- Pięknie wyglądasz.
- Ty na pewno wyglądałaś lepiej i nie miałaś wrażenia, że pokuj wiruje.
Uśmiechnęła sie tajemniczo.
- Miałam. Tylko niezwykle głupia osoba jest pewna siebie w dniu ślubu.

*  *  *

   Oczy wszystkich zebranych zwrócone były ku jednemu punktowi. Tym punktem były moje plecy.
Po chwili podszedł do mnie ojciec.
- Już czas.
Podał mi rękę i poprowadził  w stronę orszaku z Elrondem na czele. Słyszałam, jak zebranym co jakiś czas wyrywało się "Och!" i "Ach!" na mój widok. Elrond wyciągnął rękę i ujął moją drżącą dłoń. Potem powoli przysunął się do mnie i na oczach wszystkich pocałował. Gromkie okrzyki spłoszyły ptaki, które przysiadły na gałęziach drzew. Popatrzyłam na rodziców. Tym razem nie miałam wątpliwości: mama płakała. Szybko otarła łzy. Chyba miała nadzieję, że nie zobaczyłam ich. Ale widziałam. Tego dnia moje życie zmieniło się na zawsze.





 ____________________________________
To chyba pierwszy rozdział, z którego jestem zadowolona:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz